Kiedy na trasie narciarskiego slalomu na zboczu Stożka w Wiśle-Łabajowie alpejczycy spotykają się w koloratkach, ks. prałat Władysław Nowobilski jest zawsze najserdeczniej witany. Powodów tej serdeczności jest sporo.
Po pierwsze dlatego, że jest jednym z najwierniejszych uczestników organizowanych już od ponad dwudziestu lat Mistrzostw Polski Księży i Kleryków w Narciarstwie Alpejskim – o puchar św. Jana Pawła II. – Staram się być co roku, bo sam odczuwam radość z uprawiania sportu, a poza tym trzeba innych zachęcać do tego sportu – tłumaczy. I nie odpuszcza, choć wielu jego rówieśników już na taki wyczyn nie potrafi się zdobyć.
Bo ks. Władysław przyszedł na świat w 1942 roku i za parę miesięcy będzie świętował swoje 77. urodziny. Jest najstarszym zawodnikiem tych Mistrzostw i mimo słusznego wieku skutecznie rywalizuje z młodszymi kolegami-księżmi i zawsze staje na podium dla najlepszych. Dlatego jego kolekcja medalowa wygląda imponująco, a pucharów za złoty medal też w niej nie brakuje. A że sport świetnie integruje ludzi, to nikogo nie dziwi, że wszyscy zawodnicy, nawet ci, którzy startują po raz pierwszy, mają w nim serdecznego przyjaciela.
– Urodziłem się w Białce Tatrzańskiej, więc trudno byłoby oczekiwać, żebym na nartach nie jeździł. Właściwie narty towarzyszyły mi od naprawdę najmłodszych lat. To była konieczność, bez nich nie dało się poruszać w zimie, która kiedyś wyglądała inaczej niż teraz. Oczywiście to nie były narty takie, jak teraz, tylko proste, skromne, nieraz własnej roboty – wspomina z uśmiechem.
Nie musi dodawać, że skoro urodził się jako dziewiąte dziecko w rodzinie, to i pieniędzy na żadne luksusy nie było, zwłaszcza w ciężkim, powojennym czasie. Nie było też wyciągów ani innych udogodnień. – Jeżeli się chciało zjechać na nartach z górki, to na te górkę trzeba było najpierw wejść, dźwigając narty ze sobą – dodaje ks. Nowobilski.
Może w tym tkwi tajemnica świetnej kondycji i niesłabnącej aktywności ks. Nowobilskiego, nie tylko narciarskiej. W swojej pracy okazał się zarówno znakomitym sprinterem, jak i długodystansowcem. Przez 46 lat pracował w jednej parafii: w Ciśćcu. Tam też, pod jego kierownictwem, parafianie w ciągu zaledwie jednej doby zbudowali kościół, omijając zakazy komunistycznych władz.
– Budowaliśmy od wczesnego świtu bez ustanku, w niedzielę, więc urzędników. którzy by mogli nam zakazać, trudno było znaleźć, a kiedy po 24 godzinach na świeżych ścianach położyliśmy dach, to zgodnie z prawem już go nie było można rozebrać – tłumaczy w przerwach między kolejnymi zjazdami zdumionym młodszym kolegom. I choć potem razem z parafianami przez parę lat dzień i noc czuwali w kościele, żeby go podstępem nie zburzono, to też wystarczyło mu energii.
A teraz, choć już mógłby cieszyć się spokojnym życiem emeryta, nadal aktywnie angażuje się w życie środowiska rodzin partyzantów ze Zgrupowania Narodowych Sił Zbrojnych dowodzonego przez kpt. Henryka Flamego „Bartka”. – Narty i fizyczna aktywność dały mi na całe życie dobra kondycję i dzięki temu ciągle mam energię i chęć do działania – nie ma wątpliwości alpejczyk.
