Nigdy nie wstaję z łóżka lewą nogą – mówi Rafał Gręźlikowski, zapalony rowerowy globtroter po amputacji jednej nogi… Stracił ją walcząc z nowotworem. Przed chorobą miał zostać komandosem, po amputacji i chwilowym załamaniu postanowił walczyć jak prawdziwy żołnierz. Jego bronią na wszelkie przeciwności losu stał się rower, na którym dojedzie dziś wszędzie – dosłownie i w przenośni. Jego życie to piękna historia walki…
Miał 20 lat i czekał na przydział do Formozy, jednostki wojskowej płetwonurków bojowych, co było jego największym marzeniem. Wcześniej, by zostać komandosem, cały wolny czas poświęcał na podnoszenie sprawności fizycznej. – Udało mi się wynieść ponad przeciętną. Nagle to prysło, rozsypało się jak domek z kart – wspomina dzisiaj Rafał Gręźlikowski.
Informacja o nowotworze go przybiła, ale jeszcze większym ciężarem do udźwignięcia dla młodego, wysportowanego chłopaka była konieczność pogodzenie się z utratą lewej nogi. Amputację kończyny powyżej kolana przeszedł w październiku 1996 roku.
Mimo początkowych trudności i licznych wątpliwości niedoszły żołnierz Formozy postanowił walczyć jak na prawdziwym polu bitwy. Jego bronią, inspiracją i narzędziem życiowego celu stał się rower… Dojeżdżał nim tam, gdzie nawet pełnosprawnemu ciężko się wspiąć, nawet pieszo. Odwiedzał zamki, fotografował je, poznawał ich legendy, aż w końcu wydał bogato ilustrowaną książkę „Zamki, ruiny i legendy”.
Jedne z ostatnich wakacji spędził eksplorując zamki we Francji, Niemczech i w Luksemburgu. Oczywiście rowerem.
Teraz Rafał Gręźlikowski przygotowuje się do nowej rowerowej przygody. – Przed dwoma laty przerobiłem jednego ze swoich górali, dodając mu wspomaganie elektryczne. Chyba mi nikt nie zarzuci, że szukam ułatwień, że się ślizgam, żeby coś zrobić dla fame’u – stwierdza.
A ponieważ rowery elektryczne stają się coraz popularniejsze, więc chciał osobiście sprawdzić, jak się na nich jeździ. – I przyznam szczerze, chyba na żadnym rowerze się tak nie zajechałem, tyle energii z siebie nie dałem, co na elektryku. Bo tak naprawdę tylko od nas zależy ile będziemy deptali, a na ile skorzystamy ze wspomagania – ocenia.
Jasne już jest, że najbliższa wyprawa Rafała będzie na elektryku. – Nie mam jednak z góry ustalonego celu. Czas i przygody na trasie pokażą, kiedy uznam – tu kończę. Na pewno będę ruszał z Podhala i na pewno będę potrzebował pierwszego kopniaka, który mnie wprowadzi na szlaki. Wyprawa będzie wymagała bowiem inwestycji. Jej celem jest udowodnienie, że elektrykiem można podróżować po dzikich terenach, niezależnie od źródeł zasilania, więc za sobą ciągnąć będzie specjalną małą lawetę, która będzie jednocześnie małą elektrownią z panelem solarnym. Sprzęt na lawecie umożliwi również ugotowania czegoś lub szybkie schowanie się przed żywiołem bez konieczności rozbijania namiotu – wyjaśnia.
Nigdy nie wstaję z łóżka lewą nogą – mówi Rafał Gręźlikowski, zapalony rowerowy globtroter po amputacji jednej nogi… Stracił ją walcząc z nowotworem. Przed chorobą miał zostać komandosem, po amputacji i chwilowym załamaniu postanowił walczyć jak prawdziwy żołnierz. Jego bronią na wszelkie przeciwności losu stał się rower, na którym dojedzie dziś wszędzie – dosłownie i w przenośni. Jego życie to piękna historia walki…
Miał 20 lat i czekał na przydział do Formozy, jednostki wojskowej płetwonurków bojowych, co było jego największym marzeniem. Wcześniej, by zostać komandosem, cały wolny czas poświęcał na podnoszenie sprawności fizycznej. – Udało mi się wynieść ponad przeciętną. Nagle to prysło, rozsypało się jak domek z kart – wspomina dzisiaj Rafał Gręźlikowski.
Informacja o nowotworze go przybiła, ale jeszcze większym ciężarem do udźwignięcia dla młodego, wysportowanego chłopaka była konieczność pogodzenie się z utratą lewej nogi. Amputację kończyny powyżej kolana przeszedł w październiku 1996 roku.
Mimo początkowych trudności i licznych wątpliwości niedoszły żołnierz Formozy postanowił walczyć jak na prawdziwym polu bitwy. Jego bronią, inspiracją i narzędziem życiowego celu stał się rower… Dojeżdżał nim tam, gdzie nawet pełnosprawnemu ciężko się wspiąć, nawet pieszo. Odwiedzał zamki, fotografował je, poznawał ich legendy, aż w końcu wydał bogato ilustrowaną książkę „Zamki, ruiny i legendy”.
Jedne z ostatnich wakacji spędził eksplorując zamki we Francji, Niemczech i w Luksemburgu. Oczywiście rowerem.
Teraz Rafał Gręźlikowski przygotowuje się do nowej rowerowej przygody. – Przed dwoma laty przerobiłem jednego ze swoich górali, dodając mu wspomaganie elektryczne. Chyba mi nikt nie zarzuci, że szukam ułatwień, że się ślizgam, żeby coś zrobić dla fame’u – stwierdza.
A ponieważ rowery elektryczne stają się coraz popularniejsze, więc chciał osobiście sprawdzić, jak się na nich jeździ. – I przyznam szczerze, chyba na żadnym rowerze się tak nie zajechałem, tyle energii z siebie nie dałem, co na elektryku. Bo tak naprawdę tylko od nas zależy ile będziemy deptali, a na ile skorzystamy ze wspomagania – ocenia.
Jasne już jest, że najbliższa wyprawa Rafała będzie na elektryku. – Nie mam jednak z góry ustalonego celu. Czas i przygody na trasie pokażą, kiedy uznam – tu kończę. Na pewno będę ruszał z Podhala i na pewno będę potrzebował pierwszego kopniaka, który mnie wprowadzi na szlaki. Wyprawa będzie wymagała bowiem inwestycji. Jej celem jest udowodnienie, że elektrykiem można podróżować po dzikich terenach, niezależnie od źródeł zasilania, więc za sobą ciągnąć będzie specjalną małą lawetę, która będzie jednocześnie małą elektrownią z panelem solarnym. Sprzęt na lawecie umożliwi również ugotowania czegoś lub szybkie schowanie się przed żywiołem bez konieczności rozbijania namiotu – wyjaśnia.