Z tegorocznych Mistrzostw Polski w Podnoszeniu Ciężarów Osób Niepełnosprawnych, które odbywały się na pomostach WZS „Zawisza” w Bydgoszczy, wróciła ze złotym medalem i tytułem mistrzyni Polski w swojej kategorii wagowej. Patrzy na swój złoty medal ze słuszną dumą, bo na niego sumiennie zapracowała, choć nie tylko o medal jej chodziło…
Na pierwszy rzut oka jest krucha, drobna, delikatna. Waga potwierdza to wrażenie: niespełna 40 kilogramów. Kiedy na zawodach podjeżdża na wózku do ławeczki i zabiera się za podnoszenie ciężarów, wszyscy mimo woli wstrzymują oddech, bo trudno uwierzyć, że w tym niepozornym ciele będzie dość siły, by w ogóle utrzymać sztangę.
– No, fakt! Kiedy usłyszeliśmy, że Magda ma dźwigać ciężary, byliśmy w takim szoku, że trudno o większy. Tak bardzo nam ta dyscyplina do niej nie pasowała, że pomysł, by ta kruszynka była sztangistką dosłownie wbił nas w podłogę – śmieją się dziś Grażyna i Michał Wójcikowie, rodzice zawodniczki. Mimo to bez większych wahań do licznych obowiązków związanych z dowożeniem córki do szkoły czy na rehabilitację dodali też treningi. Jednak to pierwsze zdumienie wciąż mają w pamięci…
– To wcale nie jest tak! – protestuje stanowczo sama zainteresowana, choć przyznaje, że i ona była początkowo trochę zaskoczona. – Zawsze lubiłam sport i ćwiczenia, a kiedy okazało się, że mogę trenować w sekcji sztangistów w Stowarzyszeniu Integracyjnym Eurobeskidy, bardzo mi się to spodobało. Podczas zajęć rehabilitacyjnych w liceum ćwiczyłam zawsze bardzo sumiennie i nikt mnie nie musiał namawiać. Tam „wypatrzyła” mnie żona trenera Stanisława Mirochy i dostałam propozycję trenowania pod jego okiem. Spróbowałam, okazało się, że jednak mam tą parę w rękach i poszło! Zaczęłam systematycznie pracować i naprawdę pokochałam ciężary! Trenuję już od dziesięciu lat i nie wyobrażam sobie, żebym mogła uprawiać inną dyscyplinę…
Te słowa potwierdzają, że ani złoto, ani ciężary w rękach mistrzyni Polski Magdaleny Wójcik nie są przypadkowe. A cała jej sportowa i życiowa droga doskonale pokazuje, że choć jest rzeczywiście drobna i delikatna, to ma w sobie wielką siłę charakteru, wytrwałość, pracowitość i ogromne pragnienie bycia aktywną. I dzięki nim potrafi wygrywać tam, gdzie pozornie silniejsi przegrywają.
– To pewnie jakoś wiąże się z tym, że ze względu na wrodzony rozszczep kręgosłupa, który uniemożliwił mi chodzenie i wiele form aktywności ruchowej, zawsze za tym ruchem tęskniłam. Lubiłam ćwiczenia. Po skończeniu integracyjnej szkoły podstawowej i gimnazjum trafiłam do VI LO im. Armii Krajowej w Bielsku-Białej. Lubiłam język angielski, język polski, znałam też niemiecki. Marzyła mi się anglistyka, więc chciałam się uczyć w klasie o profilu lingwistycznym. Tymczasem w klasie integracyjnej takiego profilu nie było. Wtedy pojawił się poważny próg i wyzwanie: czy poradzę sobie z nauką w „zwykłej” klasie, która na kolejne przedmioty przemieszcza się z sali do sali, na różne piętra. Dostałam próbne dwa tygodnie, kiedy miałam to wypróbować – i udało się! Mogłam się uczyć angielskiego, a kiedy inni szli na lekcje wychowania fizycznego, ja miałam zajęcia rehabilitacyjne. Z liceum często wyjeżdżaliśmy na różne zawody sportowe dla niepełnosprawnych, głównie lekkoatletyczne. Były wyścigi na wózkach, pchnięcie kulą. Stamtąd trafiłam do sekcji podnoszenia ciężarów, w której jestem do dzisiaj – wspomina Magda Wójcik.
Treningi łączyła z nauką, co nie przeszkodziło jej ani w zdobyciu dobrych wyników matury, ani w późniejszych studiach anglistycznych na Akademii Techniczno-Humanistycznej, gdzie zdobyła dwa (!) tytuły licencjackie: z filologii angielskiej w specjalizacjach:nauczycielskiej oraz tłumaczeń.
– Niestety, na ATH nie było możliwości studiów magisterskich i wyjechałam na Uniwersytet Pedagogiczny do Krakowa, gdzie dokończyłam studia. To też było wyzwanie, bo na dwa lata zamieszkałam w Krakowie. Wprawdzie mogłam tam liczyć na pomoc asystenta, ale głównie w pokonaniu drogi z akademika na uczelnię i z powrotem, a także w zakupach. Z całą resztą musiałam radzić sobie sama – i radziłam sobie. Tam, podobnie jak w liceum, spotkałam mnóstwo fantastycznych ludzi, z którymi przyjaźnię się do dzisiaj. To był wspaniały czas, wiele się działo, a ja przekonałam się, że warto być aktywnym i w wielu wydarzeniach brać udział. Byłam m.in. uczestnikiem i zarazem tłumaczką podczas integracyjnych warsztatów organizowanych przez amerykańską grupę teatralną, skupiającą osoby różnych narodowości. Tak zyskałam sporą grupę przyjaciół z całego świata i do dziś utrzymujemy kontakty – wspomina Magdalena Wójcik.

Potem był powrót do Bielska-Białej, do pracy w szkole językowej – i do sportu. Na tej drodze sportowej pojawiły się kolejne sukcesy, tytuły i medale. W Knurowie zwyciężyła w walce o Puchar Śląska, wyciskając 52 kilogramy. Startowała we Wrocławiu w międzynarodowych zawodach, zdobywając też dobre rezultaty na kolejnych spartakiadach o zasięgu ogólnopolskim. Złoto na Mistrzostwach Polski jest jej najwyższym trofeum.
Były też jednak lekarskie przeciwwskazania. – Mówią, że nie powinnam jednak dźwigać zbyt wielkich ciężarów, nawet jeśli to potrafię. Ale tak pokochałam tę sztangę, że nie zrezygnowałam z treningów. Traktuję je jako rehabilitację i sposób na to, żeby utrzymywać formę. Lubię żyć aktywnie i chętnie biorę udział w zawodach, nawet jeśli nie walczę tak do końca o medale czy wyniki. To zawsze jest okazja, by poznać nowe miejsca, nowych ludzi. I na pewno warto się rozwijać na różnych płaszczyznach. I jeśli lekarze kiedyś zabronią mi całkowicie dźwigania sztangi, to będzie mi bardzo brakowało tej sportowej aktywności i na pewno będę szukać nowej dyscypliny. Warto być aktywnym – podsumowuje zawodniczka.





