Deprecated: Funkcja WP_Dependencies->add_data() została wywołana z argumentem, którego użycie jest przestarzałe od wersji 6.9.0! Komentarze warunkowe IE są ignorowane przez wszystkie obsługiwane przeglądarki. in /home/vh15485/aktywnirazem.eurobeskidy.org.pl/wp-includes/functions.php on line 6170

Janusz Rokicki – paraolimpijski mistrz z Cieszyna

Janusz Rokicki, znany lekkoatleta z Cieszyna, ma imponujący dorobek medalowy.  To przede wszystkim trzykrotny wicemistrz olimpijski w pchnięciu kulą – w Atenach (2004), w Londynie (2012) i Rio de Janeiro (2016). Na IO w Pekinie w 2008 r. był czwarty. Jest wielokrotnym medalistą Mistrzostw Świata i Mistrzostw Europy jako kulomiot. Zdobywał też medale Mistrzostw Europy w rzucie dyskiem. W ubiegłorocznych Mistrzostwach Europy w Berlinie zdobył swoje kolejne złoto. Jedną z form uznania dla jego osiągnięć sportowych jest przyznany mu przez samorządowców powiatu cieszyńskiego w ubiegłym roku laur Srebrnej Cieszynianki.

Który z sukcesów sportowych ceni sobie najbardziej? – Wiadomo, że najcenniejszymi są medale zdobyte na Igrzyskach Paraolimpijskich, chociaż ważny jest też złoty medal, który zdobyłem na Mistrzostwach Świata w Katarze w 2015 r., gdzie pobiłem też rekord świata. On okazał się najcenniejszy również ze względu na to, że wtedy, po wielu latach, wreszcie udało mi się pokonać mojego rywala z Rosji, z którym przegrywałem od początku swojej kariery. On jest znacznie wyższy ode mnie i wszyscy mi tłumaczyli, że nie mam szans z nim wygrać, ale ja w duchu wciąż liczyłem na to, że się w końcu uda. Kiedy wiem, że mogę coś zdobyć, to staram się to zrobić… – mówi Janusz Rokicki.

Sport w jego życiu był obecny od dzieciństwa. Jako młody chłopak biegał na nartach, grał w piłkę. Po wypadku, w którym stracił obie nogi, sport stał się już inną, nową szansą. I pokazał jego nową twarz: wojownika, który nie poddaje się w walce. A nie było łatwo. Miał wtedy 18 lat i w pełni sprawną jedną rękę…

 – Spotkałem wtedy Czesława Banota, który sam był osobą niepełnosprawną. On mnie zachęcił do pływania i od tego zaczęła się ta moja przygoda ze sportem. Trenowałem pływanie parę lat i miałem nawet dobre wyniki. Zdobyłem kilka medali na Mistrzostwach Polski w pływaniu, ale czułem, że to nie było to. Moje warunki fizyczne akurat nie sprzyjały mi w tej dyscyplinie, bo w mojej kategorii wszyscy zawodnicy mieli jedną nogę zdrową. Oni skakali ze słupka, a ja startowałem z miejsca, więc od razu byłem stratny… Kiedyś podczas jednej z cieszyńskich Spartakiad Osób Niepełnosprawnych spotkałem Darka Wandzla z Łodygowic, który opowiedział mi o sekcji lekkoatletycznej w Eurobeskidach i zachęcał, żeby spróbować treningów w tej dziedzinie. Spróbowałem i tak zacząłem  trenować w Łodygowicach pod opieką trenera Piotra Haczka. Podnosiłem też ciężary. Wszystko szło w dobrym kierunku. Zdobyłem jako reprezentant Eurobeskidów srebrny medal na Mistrzostwach Polski i po raz pierwszy usłyszałem od kilku trenerów, że mam do tej kuli talent. Jednak na dłuższą metę dojazdy z Cieszyna do Łodygowic okazały się dla mnie zbyt kosztowne. Z pomocą Czesława Banota znalazłem trenera na miejscu i odtąd trenowałem ze Zbigniewem Gryżboniem. Tak jest już od 14 lat   – wspomina zawodnik.

Do tych ważnych momentów w karierze zalicza też chwilę, kiedy został powołany do kadry narodowej i został reprezentantem Polski. – Byłem szczęśliwy i dumny, że mogę nosić biało-czerwony dres. Dziś to już inaczej wygląda, każdy może sobie taki kupić, ale kiedyś tak nie było – zaznacza, a że sport dla niego zawsze był na pierwszym miejscu i umiał się treningom poświęcić z pełnym zaangażowaniem, to ten symboliczny dres reprezentanta Polski pozostał już na stałe jego własnością.

– To dla mnie było ważne, choć wymagało ciężkiej pracy. Z tym akurat nie mam problemu. Ciężary moich treningów odczuwa jednak także moja rodzina, bo przecież często wyjeżdżam. Kiedyś policzyłem, że w roku olimpijskim poza domem spędziłem około 150 dni. Ale moi trzej synowie, cała rodzina, zawsze mnie wspierali i kibicowali mi. To było ważne zwłaszcza wtedy, kiedy wydawało się niemal pewne, że w jestem przygotowany do zdobycia złotego medalu, a potem okazywało się, że niespodziewanie coś przeszkadza, pojawia się kontuzja.

Tak było na igrzyskach w Rio de Janeiro, gdzie już na miejscu poślizgnąłem się w łazience i naderwałem mięsień nagrzebieniowy i zerwałem podłopatkowy. To wprawdzie nie były mięśnie odpowiedzialne za pchnięcie kulą, ale i tak ledwo ruszałem ręką. Mimo wszystko wystartowałem i zdobyłem srebrny medal, choć spodziewałem się znacznie niższego miejsca. Pomogło mi nastawienie rywali, którzy widząc moją kontuzję uznali, że to ich szansa, zaczęli się widzieć na podium. Tu można było obserwować, jak ważna jest w sporcie psychika. W pchnięciu kulą liczy się nie tyle sama siła, co raczej szybki strzał luźną ręką. Nie wolno być spiętym, a oni właśnie popełnili ten błąd, gdy zaczęli walczyć o złoto i myśleli tylko o tym – tłumaczy wicemistrz olimpijski.  

I rzeczywiście: po pierwszej serii był ósmy, a rywale, im bardziej się starali, tym słabsze mieli wyniki w kolejnych próbach i tak ostatecznie znalazł się na drugim miejscu.

– Te kontuzje dokuczają mi coraz mocniej, naderwane mięśnie dają znać o sobie, ale ten złoty medal pozostaje jednak wciąż moim marzeniem. Przede mną w tym roku w listopadzie Mistrzostwa Świata w Dubaju. Chciałbym tam zrobić dobry wynik, a w przyszłym roku wystartować na olimpiadzie w Tokio. Ale duże zawody, igrzyska, start przy trybunach pełnych kibiców to jest niesamowity stres i nigdy nie wiadomo, czy się uda. Już zdarzało mi się przegrać walkę o medal zaledwie jednym centymetrem. Na Mistrzostwach Świata w Londynie w 2017 roku też miałem problemy z kontuzjami i po pierwszej serii byłem czwarty, przegrywając z poprzednikiem właśnie o centymetr. Pomyślałem już nawet o rezygnacji, ale nie potrafiłem po tylu latach poddać się bez walki. Uznałem, że to nie „po Rokickiemu” i jednak zdobyłem ten medal – mówi z uśmiechem.

Z tym nastawieniem i swoim doświadczeniem chętnie dzieli się z młodzieżą i innymi niepełnosprawnymi, których zachęca do uprawiania sportu. Tak powstał Integracyjny Klub Sportowy w Cieszynie, w którym skupia wokół siebie grono zawodników, przekonując, że przez sport można zmieniać swoje życie, stawać się coraz lepszym, pokonywać słabości i osiągać sukcesy. – Bo sport to naprawdę fajna przygoda! – podkreśla Janusz Rokicki.

Zobacz również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Dostępność cyfrowa

Dostosuj preferencje użytkowania:

Wesprzyj nas

Jakiś tekst wsparcie....